Podczas tegorocznej edycji Toffifest Film Festival miałam przyjemność porozmawiać z Maciejem Pieprzycą, reżyserem takich filmów, jak Chce się żyć, Jestem mordercą czy serialu Kruk. Szepty słychać po zmroku. Maciej Pieprzyca jest również scenarzystą i reżyserem filmowej biografii Mieczysława Kosza, nagrodzonej na 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni nagrodą Srebrne Lwy oraz pięcioma Złotymi Lwami (m.in. za zdjęcia, muzykę i główną rolę męską).

Tworząc filmy, zawsze staram się powiedzieć jak najwięcej. W wypadku Ikara mamy do czynienia z historią osoby, która zaistniała w powszechnej świadomości dopiero w momencie powstania filmu. Mieczysław Kosz był dotąd znany tak naprawdę tylko muzykom jazzowym. To, że dajemy nowe życie tej postaci i opowiadamy jej losy, było dla mnie bardzo istotne. Jednak chciałem też opowiedzieć po prostu o człowieku, o artyście, o miłości do muzyki, o zmaganiu się z samym sobą. Myślę, że ten film ma kilka warstw, które nakładają się na siebie i uzupełniają. Kosz był postacią psychologicznie skomplikowaną, pełną sprzeczności. Właśnie to starałem się przedstawić, a dzięki roli Dawida Ogrodnika udało się ten cel osiągnąć.

Myślę, że kluczem do poznania i zrozumienia tej postaci są dzieciństwo i trudne relacje z ojcem. Kosz musiał opuścić swój dom rodzinny w wieku pięciu lat. Od tego czasu przechodził z rąk do rąk. To go w jakiś sposób naznaczyło pod względem emocjonalnym i być może miało nawet większy wpływ na dalsze jego życie niż utrata wzroku.

Kosz powtarzał: „Dopóki gram, jestem zdrowy. Nie czuję, że jestem gorszy. Widzę”. To paradoks. Jednak życie Mietka Kosza było pełne paradoksów i właśnie to mnie w nim ujęło. Być może Kosz w ogóle nie zostałby muzykiem, gdyby nie to, że zaczął w dzieciństwie tracić wzrok. Pochodził z bardzo biednej rodziny mieszkającej w małej wsi na Zamojszczyźnie, gdzie nie było żadnych tradycji muzycznych. Paradoksalnie dzięki temu, że został dotknięty chorobą, otrzymał nowe życie. Gdy trafił do Lasek, odkrył swoją miłość do muzyki. Później natknął się na człowieka, który poznał się na jego talencie. Tak naprawdę jednak wszystko zawdzięczał swojej ciężkiej pracy. Kunszt artystyczny, który osiągnął, zdobył samodzielnie. I jak powiedział mi kiedyś Leszek Możdżer, Kosz dokonał czegoś wręcz niemożliwego, bo w bardzo krótkim czasie doszedł do perfekcji.

Rzeczywiście, jest tu jakaś prawidłowość, ale nie umawialiśmy się na to. (śmiech) Ikar czy film Leszka Dawida to biografie jazzmanów, więc muzyka jest w nich niezwykle ważna. W innych filmach jazz towarzyszy bohaterom, ale nie jest jednym z nich. Wypełnia przestrzeń i wskazuje na czasy, w których toczy się akcja. Ikar nie jest jednak filmem o czasach. To bardziej film o człowieku. Oczywiście ten człowiek jest zanurzony w konkretnych, niełatwych latach 60. i 70., ale myślę, że nie same czasy były problemem dla Kosza, choć dziś pewnie żyłoby się mu lepiej. Mnie bardziej zafascynował sam człowiek, a historia jest tłem i patrzę na nią przez pryzmat bohatera.

Na temat samego Kosza nie zachowało się zbyt wiele materiałów, a w źródłach, do których dotarłem, nie znalazłem znaczących informacji na ten temat. Jeśli byłby taki epizod, który wpłynąłby na życie Mietka Kosza, pewnie bym go nie pominął. Jednak nie znajdując takiego elementu, a wprowadzając go do filmu, byłbym nie w porządku wobec postaci. Na pewno niełatwo było w tamtych czasach wyjechać za granicę, a Koszowi udało się to zrobić kilkakrotnie w ciągu dwóch lat, gdy wygrywał na kilku festiwalach zagranicznych. Pod koniec życia pojawiła się natomiast szansa wyjazdu do Stanów Zjednoczonych na stypendium. Nie zdążył jednak tego zrealizować. Jego geniusz – mimo trudnych czasów – został więc dostrzeżony, nie tylko w Polsce, ale również na arenie międzynarodowej. Gdyby nie tragiczna śmierć, zapewne jego talent rozbłysnąłby jeszcze jaśniej.

To był mój pomysł, a scena znajdowała się od początku w scenariuszu. Pomyślałem, że byłoby ciekawie opowiedzieć o tym, jak Mietek Kosz instruuje pianistę i tłumaczy mu, jak powinno się improwizować. Pomyślałem o udziale Leszka w tej scenie i na szczęście udało się nam zgrać jego obecność na planie z terminem kręcenia zdjęć. Bardzo lubię ten epizod.

Ta scena powstała z inspiracji samego Mietka Kosza. To była jedna z jego obsesji – latanie. On chciał latać. Jadąc pociągiem, wystawiał głowę przez okno, by poczuć pęd powietrza. Kiedy indziej stawał na parapecie, wystawiał ręce i krzyczał: „Nie spadnę! Muzyka mnie uniesie!”.

Mieczysław Kosz faktycznie napisał kompozycję Ikar. Sam mówił, że jest to utwór o nim samym. Ten tytuł funkcjonuje w dyskografii kompozytora, ale z tego powodu, że Kosz nie zapisywał swoich kompozycji w nutach, ale nagrywał je na magnetofon, Ikar – podobnie jak wiele innych dzieł – nie zachował się po jego śmierci. Oddając hołd Koszowi, Leszek Możdżer stworzył ten utwór jakby na nowo.

Pomyślałem o tym podczas zbierania materiałów i dokumentacji do filmu. Na początku planowałem nawet wprowadzenie większej liczby elementów dokumentalnych, wplatając je w fabułę. Zauważyłem, że osoby, które znały Kosza, towarzyszyły mu tylko przez jakiś czas. Później odchodziły. Nie ma nikogo, kto byłby przy nim przez całe życie. Przygotowując scenariusz i rozmawiając z tymi ludźmi, otrzymywałem informacje tylko z jakiegoś wycinka życia Kosza. Postanowiłem przekazać je w formie dokumentalnej, by wyraźnie odwołać się do rzeczywistości, do faktów. Słowo „legenda” w tytule nie jest przypadkowe, bo rzeczywiście Kosz był jakby postacią mityczną – nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co zmyśleniem. O jego życiu nasłuchałem się mnóstwa anegdot. Pomyślałem więc, że zastosuję na koniec jakiś element, który uwiarygodniłby jego historię.

Ja wierzę, że unosił się nad nami, kiedy robiliśmy ten film. Cieszę się, że daliśmy Mietkowi Koszowi nowe życie i jeżeli gdzieś tu lata ponad naszymi głowami, to chyba jest zadowolony z tego, że dzięki temu filmowi może powrócić do powszechnej świadomości.◾

[Zdjęcie: Wojtek Szabelski, materiały Tofifest]

Dodaj komentarz