
Mieliście kiedyś ochotę wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady?
Tak właśnie zrobił Kaarlo Vatanen. No, może nie do końca. Rzucił wszystko, to prawda, ale zamiast w Bieszczady, ruszył w długą wędrówkę po lasach, wsiach i miastach Finlandii, prawie bez bagażu i bez najmniejszej ochoty powrotu do żony i dawnego życia. Miał zresztą towarzysza, który zupełnie mu wystarczał – zająca, którego uratował po dość bolesnym dla zwierzęcia kontakcie z maską samochodu.
Ta dziwna para błąkała się po kraju, z dala od skupisk ludzi, żyjąc z dnia na dzień. Było im dobrze we dwóch. Co jakiś czas jednak na ich drodze pojawiał się człowiek. Czasem kruk czy niedźwiedź. Zazwyczaj nie były to miłe spotkania…
Vatanen imał się przeróżnych zajęć: gasił pożar lasu, wydobywał wrak z jeziora, remontował kominek czy wyrąbywał drzewa. Nigdy wcześniej nie przeszło mu przez myśl, że będzie wykonywał takie zajęcia…
Książka Arta Paasilinny została wydana po raz pierwszy w 1975 roku. To nic, że minęło sporo czasu od jej premiery. Odnoszę wrażenie, że Rok zająca mówi też o naszym świecie. Autor stosuje ironię, groteskę i humor, ale wcale nie daje mi powodów do śmiechu. Bo jak mogłabym śmiać się z człowieka, który nienawidzi swojego życia i choć początkowo znajduje ulgę w samotności i w niecodziennych czynnościach, to w końcu i taki tryb życia zacznie mu doskwierać?
Bohater jest odbiciem współczesnego człowieka – zagubionego w codzienności, poszukującego wolności, ciszy i bliskości z naturą, poświęcającego wiele dla przeżycia czegoś nowego… I bezskutecznie próbującego wyrwać się ze społecznych uwarunkowań.
A im dłużej myślę o fabule i języku Roku zająca, tym większe mam przekonanie, że duch Witolda Gombrowicza zawędrował na daleką Północ i całkiem nieźle odnalazł się w surowym klimacie Finlandii…
Arto Paasilinna, Rok zająca, przełożył Sebastian Musielak, Wydawnictwo Książkowe Klimaty, Wrocław 2020.