Ja śpiewam, a góry tańczą… Słowa zaś płyną i płyną – chciałoby się dodać. Bo proza katalońskiej pisarki Irene Soli jest jak strumień, który niesie ze sobą echo dawnych czasów i łączy przeszłość z teraźniejszością, a życie mieszkańców małej wioski w Pirenejach – z wszechobecną i odwieczną Naturą.

Solà opisuje swój świat, sięgając po zmienną perspektywę narracji i oddając głos nieoczywistym narratorom. Dzieje się tak choćby w pierwszym rozdziale, w którym mówią… ciężkie burzowe chmury. Dalej głos zabierają kobiety i mężczyźni, żyjący i zmarli, matki i ojcowie, a po nich – grzyby, pies, sarna, Matka Ziemia… Niezwykłe…

Mówią o miłości i wojnie, o narodzinach i śmierci, o nadziei i strachu. W ich historiach nie brak piękna i światła, jest w nich jednak również okrucieństwo i mrok – te właściwe naturze i pierwotnym instynktom – oraz te, które niesie ze sobą człowiek.

Nie mogę się nadziwić, jak spójnie autorka powiązała ich historie i jak niesamowitą kontrolę miała nad tekstem, aby każdy szczegół opowieści pojawił się w odpowiednim momencie i by w wyobraźni czytelnika otworzył nową, nieznaną przestrzeń doświadczeń i wrażeń…

I ten język – płynny, miękki, poetycki, nasycony metaforami i mnóstwem zabiegów literackich, które oko filologa wychwytuje i nazywa w jednej chwili. To z pewnością wielka zasługa tłumaczki, Barbary Bardadyn, która starannie i z czułością przełożyła przepiękny tekst Irene Soli. Zaś okładka – trzeba jej dotknąć, by w pełni docenić jej piękno…

Za swoją najnowszą powieść Irene Solà otrzymała w 2020 roku Europejską Nagrodę Literacką i kilka innych wyróżnień. ◾


Dodaj komentarz