Warszawa. Jest wczesne popołudnie. Lipcowe słońce rozgrzewa powietrze zbyt mocno, więc szukam cienia i chłodu. Pod parasolem w ogródku kawiarenki nieopodal Placu Zamkowego jest przyjemnie. Słyszę melodię piosenki How deep is your love zespołu Bee Gees, którą na saksofonie całkiem nieźle wykonuje młody chłopak. Za mną stoi Zamek Królewski, a na plecach czuję wzrok króla Zygmunta, który dumnie spogląda na mnie z kolumny. Na wprost lśni biało-kremowa fasada kościoła świętej Anny.

Kawiarenkę mijają turyści – idą parami, grupami, samotnie. Każdy z nich ma swoją historię, swoje radości i dramaty, marzenia i porażki. Słyszę różne języki, różne głosy, różne emocje. Te dźwięki zlewają się po chwili w jednolity, przyjemny gwar, który przenika moje myśli. Jestem tu i teraz. Oddycham powoli, na twarzy i ramionach czuję lekki dotyk wiatru. Otwieram notatnik i chwytam ołówek, by nakreślić kilka słów.

Gdy sięgam po filiżankę cappuccino, zamieram nagle w bezruchu. Na moim stoliku siedzi wróbel. Jego drobne piórka rozmierzwione są od wiatru po niedawnym locie, maleńkie oczka – czarne koraliki – wpatrują się to we mnie, to w talerzyk z ciastkiem. Główka kręci się czujnie w prawo i w lewo, do góry i w dół. Nie ruszam się. Wreszcie nasze spojrzenia się spotykają. Nie wiem, jak długo trwa ta chwila. Jest jednak na tyle długa, by wszystkie dźwięki z otoczenia ucichły, dając przestrzeń moim myślom.

Oto spotkanie wróbla i człowieka. Ktoś mógłby powiedzieć inaczej: oto spotkanie maleńkiej nierozumnej istoty z przedstawicielką inteligentnego gatunku władającego Ziemią. Ja jednak myślałam o tym, że patrząc w błyszczące oczka wróbla, zaglądam w oczy Wszechświata. Widzę żywą istotę, która mimo swojej kruchości ma wyznaczone miejsce w czasie i przestrzeni. Jesteśmy do siebie tak bardzo podobni: oboje odwiedzamy tę samą kawiarnię, oddychamy tym samym powietrzem, czujemy głód i sytość, chłód i gorączkę, ból i przyjemność, niepokój i ulgę. Oboje narodziliśmy się i oboje przeminiemy. Kto wie – może ja zniknę wcześniej od niego?

Piszę te słowa pochylona nad notatnikiem. Z zamyślenia wytrąca mnie ciche stukanie o talerzyk. Wróbel, mały uroczy złodziej, patrząc zaczepnie w moją stronę, zdecydowanym ruchem dzióbka chwyta okruszki ciastka i odlatuje. Nie wiem dokąd. Ale wiem, że w tej chwili jest jeszcze coś, co nas łączy – rozkosz płynąca ze słodkiego smaku ciastka. I wiem jeszcze, że już więcej się nie zobaczymy.

Płacę za kawę i deser, zamykam notes i idę Krakowskim Przedmieściem w stronę kościoła świętej Anny, oddalając się od kolumny Zygmunta. Wracają dźwięki z otoczenia i uczucie gorąca. Nic się nie zmieniło – poza poziomem kofeiny i cukru w mojej krwi.

I jeszcze poza tym, że jestem bogatsza o jedno niezwykłe spotkanie – spotkanie z Wszechświatem.◾

Dodaj komentarz