Jeśli dobrze policzyłam, minęło już siedem miesięcy od wycieczki do Paryża. Mam jednak wrażenie, że wciąż stamtąd nie wróciłam. Czas płynie, życie się toczy, a ja wciąż miewam chwile, w których zdaje mi się, że czuję na sobie przenikliwy wzrok Vincenta van Gogha padający z autoportretu mistrza. Wpatrywałam się w niego bez końca, chłonąc barwy i odcienie, i poddając się melancholii, jaka emanuje z płótna.

To była moja pierwsza wizyta w Paryżu i pierwsze bezpośrednie spotkanie z oryginalnymi dziełami, które dotąd znałam jedynie z reprodukcji. Nigdy wcześniej nie byłam w Muzeum Orsay, nigdy wcześniej nie zwiedzałam Luwru. Trzymając w drżących dłoniach kolorowe mapki, spacerowałam po muzealnych korytarzach i salach z zadziwieniem, zachwytem i poczuciem nienasycenia.

Obcowanie z dawnymi dziełami sztuki w ich namacalnej postaci zawsze ma dla mnie wymiar metafizyczny. Przeżywam te chwile jako momenty wykraczające poza czas i przestrzeń. Oto patrzę na te same plamy farby, które wieki temu nakładał malarz – człowiek z krwi i kości, śmiertelny, ale uwieczniony dzięki swojemu talentowi. Tak jak on stał kiedyś przed obrazem i ruchami pędzla wydobywał z bladego płótna życie, tak ja stoję dziś przed tym samym obrazem i chłonę życie, rozpisane po powierzchni dzieła malarskiego.

Tym razem jednak – obok emocji wywołanych przebywaniem w najpiękniejszych europejskich świątyniach sztuki – odczuwałam przyjemne ciepło i serdeczność, jakie towarzyszą spotkaniu ze starymi dobrymi znajomymi.

Już na etapie szkoły podstawowej uwielbiałam wpatrywać się w reprodukcje sławnych obrazów drukowane w albumach malarstwa polskiego czy światowego. W trakcie studiów filologicznych sztuki plastyczne były dla mnie fascynującym uzupełnieniem literatury. W końcu, ucząc języka polskiego, wplatałam na lekcjach wątki związane ze sztuką danej epoki i tłumaczyłam młodzieży style, techniki i artystyczne ścieżki największych twórców. Nic więc dziwnego, że niektóre obrazy znam niemal na pamięć. Odsłanianie ich sekretów przed młodymi umysłami było dla mnie wyjątkową przygodą, a jednocześnie sprawiło, że wiele dzieł stało mi się niezwykle bliskich.

Gdy więc idąc wzdłuż ścian Muzeum Orsay czy Luwru, pełnych znajomych kształtów i barw, dostrzegałam jeden z dobrze znanych mi obrazów, miałam wrażenie, że spotykam starego przyjaciela. Witał mnie serdecznie. Zachwycał kolorami, kusił fakturą, zaskakiwał kompozycją. Ja zaś, z początku onieśmielona, już po chwili czułam, jakbyśmy rozstali się zaledwie wczoraj. Z przyśpieszonym oddechem śledziłam nierówności na powierzchni płócien, rozpoznawałam detale, przywoływałam w pamięci pojęcia i historie związane z danym stylem czy nurtem artystycznym. I z niedowierzaniem szeptałam: naprawdę jesteś piękny!

I tak jak ogromnie cieszyły mnie spotkania z Augustem Renoirem, Claudem Monetem, Vincentem van Goghiem, Leonardem da Vinci czy Jacques-Louisem Davidem, tak samo smuciły mnie chwile, w których musiałam odwrócić wzrok od dzieł Mistrzów i opuścić świątynię sztuki – być może na zawsze.

Tęsknię za nimi, tak jak tęskni się za grupą kochanych przyjaciół. Z pobytu w paryskich muzeach pozostało mi niewiele fotografii. Zajęta wpatrywaniem się w obrazy zdołałam zrobić zaledwie kilka zdjęć na dowód tego, że faktycznie na własne oczy widziałam te cuda. Ale niewiele mam z nich pożytku. Najlepsza nawet fotografia nie zastąpi żywego dzieła sztuki, tak jak najdoskonalsze zdjęcie nie zastąpi spotkania z przyjacielem twarzą w twarz.

Już teraz rozumiem, dlaczego takie miejsca odwiedza się wiele razy. Nie sposób nasycić oczu, umysłu i serca podczas jednej wizyty; nie sposób ogarnąć ogromu piękna, jakie wypełnia muzealne sale. Trzeba się nim karmić często, nieustannie.

Zatem – oby do następnego spotkania! ◾

Dodaj komentarz