Dobre wieści! Czarownica nie żyje!

Tak rozpoczyna się jedna z najpiękniejszych filmowych przygód mijającego roku (a może nawet i kilku ostatnich lat?). Musical Wicked w reżyserii Jona M. Chu, z piosenkami Stephena Schwartza i scenariuszem Winnie Holzman, jest wierną adaptacją broadwayowskiego przeboju z 2003 roku (a właściwie jego I aktu – na drugą część musimy poczekać do listopada 2025 roku). I podobnie jak sceniczny oryginał zachwycał warstwą muzyczną i wizualną, tak najnowsza filmowa wersja onieśmiela rozmachem i kolorystyką dekoracji, wymyślną choreografią i doskonałym zestrojeniem głosów dwóch głównych bohaterek – Glindy (Ariana Grande) i Elfaby (Cynthia Erivo). Historia młodych czarownic, które w przyszłości odegrają w Krainie Oz swoje wielkie role, ma początek w skromnych rozmiarów książeczce dla dzieci, wydanej przed niemal 125 laty…

jak to się zaczęło?

Dawno, dawno temu, w dalekiej krainie za oceanem, pewien pisarz postanowił stworzyć fantastyczną historię dla dzieci. Jej bohaterką była dziewczynka, która wraz z chatką i małym pieskiem Toto została porwana przez tornado i trafiła do Krainy Oz. Poszukując Czarnoksiężnika, który pomógłby jej powrócić do domu, Dorotka – bo tak miała na imię dziewczynka – poznaje Stracha na Wróble, Blaszanego Drwala, Tchórzliwego Lwa i wielu innych mieszkańców tajemniczej krainy. Spotyka wreszcie wielkiego i straszliwego Oza, a także Elfabę – Złą Czarownicę z Zachodu i Glindę – Dobrą Czarownicę z Południa. W trakcie podróży bohaterka przeżywa niezwykłe przygody, raz wesołe, raz niebezpieczne. Odkrywa też tajemnicę Czarnoksiężnika. Historia ma oczywiście szczęśliwe zakończenie: Dorotka wraca do domu, bogatsza o nowe przyjaźnie i doświadczenia.

Był rok 1900, gdy amerykański pisarz Lyman Frank Baum opublikował w Chicago książkę pt. Czarnoksiężnik z Krainy Oz, którą uznaje się za pierwszą powieść fantasy w dziejach amerykańskiej literatury dziecięcej. Historia Dorotki podbiła serca młodych czytelników, stała się też inspiracją dla twórców scenicznych i filmowych. Już w 1902 roku w Chicago wystawiono musical, który wkrótce przeniesiono na Broadway. Najsłynniejszą adaptacją filmową jest natomiast Czarnoksiężnik z Oz z 1939 roku w reżyserii Victora Fleminga i z udziałem Judy Garland w roli Dorotki. Obraz zdobył dwa Oscary (za muzykę oryginalną oraz za piosenkę Over the Rainbow), a w 2007 roku został wpisany na listę UNESCO Pamięć świata.

Co było dalej?

W 1995 roku amerykański pisarz Gregory Maguire rozwija postać wiedźmy Elfaby i publikuje powieść Wicked: Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu. W przeciwieństwie do książki Bauma, Wicked jest przeznaczona dla dorosłych czytelników. Również ona zyskuje sceniczną wersję – w 2003 roku Wicked przebojem wkracza na Broadway, zaś trzy lata później na West End. Musical autorstwa Stephena Schwartza (muzyka i teksty piosenek) oraz Winnie Holzman (libretto oparte na powieści Maguire’a) stał się dla gatunku przełomowym przedsięwzięciem artystycznym. Jak pisze Daniel Wyszogrodzki w książce Ale musicale!*, broadwayowska adaptacja zachwycała nie tylko urokiem piosenek i jakością ich wykonania (Kristin Chenoweth jako Glinda oraz Idina Menzel – późniejsza Elsa z Krainy Lodu – jako Elfaba), ale także realizacją sceniczną – widowiskową reżyserią światła, bajecznymi dekoracjami i nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi („latający” aktorzy). Posypały się nagrody (m.in. 3 statuetki Tony Awards i nagroda Grammy), a piosenki z musicalu Wicked zaczęły żyć własnym życiem. Jedna z nich poleciała nawet w kosmos!**

fantastyczny realizm kadrów

„Wróćmy jednak na ziemię.” Powtarzam to sobie od dwóch tygodni, bo właśnie tyle minęło od polskiej premiery filmu Wicked, która odbyła się podczas finału 32. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego EnergaCAMERIMAGE w Toruniu. Seans specjalny zapowiedzieli twórcy obrazu: autor scenografii Nathan Crowley oraz autorka zdjęć Alice Brooks. Miejsce projekcji (festiwal operatorów filmowych) było jak najbardziej adekwatne do wartości artystycznej, jaką prezentują kadry w filmie Jona M. Chu. Wizualna warstwa musicalu została zrealizowana w dużej części w tradycyjny sposób – czyli w ogromnym studiu filmowym, które pomieściło makiety budynków, ulice, wielką głowę Oza, a nawet… pociąg. Jak podkreślał Nathan Crowley, większość scen była kręcona wśród prawdziwych dekoracji, co pozwoliło na uwiarygodnienie baśniowej przestrzeni. Oczywiście, efekty specjalne również mają swój znaczący udział w kreowaniu ozjańskiej rzeczywistości. Świadomość, że sceny toczą się w specjalnie zaprojektowanych i zbudowanych pomieszczeniach, które wyglądają niesamowicie (biblioteka z okrągłymi i ruchomymi regałami to dla mnie rewelacja!), dodaje jednak szczególnego uroku i wzbudza podziw dla autorki zdjęć, scenografa i dyrektorów artystycznych. Poprzez teatralne, autentyczne dekoracje potrafili oni stworzyć fantastyczny świat, który z jednej strony jest pełen przepychu, znaczących detali i jaskrawych barw, zdominowanych przez zieleń i róż, a z drugiej – opiera się popadaniu w sztuczność i kicz. Czyżby siódma nominacja i pierwszy Oscar dla Nathana Crowleya? A może pierwsza nominacja i Oscar dla Alice Brooks?

fantastyczny realizm muzyki

Realizm, który (paradoksalnie) cechuje fantastyczny świat Krainy Oz, dotyczy również warstwy muzycznej. Dużym wyzwaniem dla obsady było śpiewanie piosenek na planie podczas wykonywania dynamicznych i skomplikowanych układów tanecznych, a nawet podczas „latania” (jak w finałowej piosence Defying Gravity). To, co nagrały mikrofony w trakcie kręcenia ujęć, słyszymy w filmie. Cynthia Erivo i Ariana Grande stworzyły niesamowity wokalny duet, oparty na kontraście brzmienia (jazzujący, niski i ciemny głos Cynthii kontra wysoki, delikatny sopran Ariany), a jednocześnie na doskonałym zestrojeniu barw głosów. Co więcej – ich kreacje aktorskie są bardzo przekonujące zarówno w scenach komicznych, jak i (a może przede wszystkim) w momentach dramatycznych. Całkiem nieźle śpiewa Jonathan Bailey jako książę Fijero (ach, ta biblioteka i piosenka Dancing Through Life!! Tylko czemu bohaterowie tańczą na książkach?!), Jeff Goldblum jako Czarnoksiężnik, Michelle Yeoch jako Madame Morrible, a także Peter Dinklage jako kozioł Doktor Dillamond.

Wspomniałam już, że film Jona M. Chu jest oparty na brodwayowskiej wersji musicalu z 2003 roku. Słychać to w aranżacjach piosenek Stephena Schwartza, choć te filmowe są bogatsze i bardziej wyraziste niż w oryginale. Miłym ukłonem w stronę scenicznego Wicked jest obecność w obsadzie odtwórczyń głównych ról sprzed 20 lat – Idiny Menzel i Kristin Chenoweth. Obie aktorki słyszymy w piosence One Short Day.

pytanie o naturę zła

Wicked to uczta dla oczu i uszu, to emocjonalna kąpiel dla serca i duszy. Twórcy nie ograniczają się jednak wyłącznie do dbałości o walory artystyczne filmu. Poruszają oni bowiem również niezwykle istotną kwestię moralną, która dotyczy pochodzenia zła w człowieku. No one mourns the wicked – „Nikt nie opłakuje ludzi podłych”. Tak zaczyna się cała historia – od radości, jaką wśród mieszkańców wioski wzbudza wiadomość o śmierci Złej Czarownicy z Zachodu. Glinda – Dobra Czarownica z Południa – dość powściągliwie wyraża swoje emocje, choć zdawać by się mogło, że powinna cieszyć się razem z innymi. Gdy jednak posłuchamy jej opowieści o Elfabie – jej dawnej przyjaciółce – zadamy sobie pytanie, które stawia również jedna z mieszkanek: „Skąd się bierze podłość?” (Why does wickedness happen?), a które rozwija Glinda: „Czy ludzie rodzą się podli, czy ktoś ich takimi uczynił?” Ten problem, zasygnalizowany na początku filmu, staje się tak naprawdę osią całej opowieści. Jego powaga i filozoficzne konotacje czynią z Wicked Jona M. Chu historię dużo poważniejszą, niż można by sądzić po plakatach i zwiastunie.

Zresztą głębszych wątków jest w musicalu dużo więcej. Mamy tu kwestię odrzucenia z powodu odmienności (zielony kolor skóry oraz odmienne cele i pragnienia Elfaby), niepełnosprawność (siostra Elfaby), lojalność w przyjaźni między Elfabą i Glindą, hedonistyczne podejście do życia (Fijero) czy dyskryminacja i prześladowania (względem mówiących zwierząt żyjących w krainie Oz). Twórcy odpowiednio wyważyli znaczenie poruszanych problemów i dyskretnie wpletli je w tkankę fantastycznej, rozśpiewanej i roztańczonej opowieści o czarownicach. Scenariusz unika narzucających się, moralistycznych treści, jednak wyraźnie podkreśla obecność etycznych dylematów, wymagając od widza intelektualnego zaangażowania.

widowiskowy finał i otwarcie na II akt

Przypominam, że Wicked Jona M. Chu jest dopiero pierwszym aktem historii. Kończy się on widowiskowym i emocjonalnych wykonaniem jednej z najpopularniejszych piosenek pochodzącej z tego musicalu – Defying Gravity. Podczas długiej sekwencji Elfaba podejmuje decyzję, która zaważy na całym jej życiu oraz na losach mieszkańców krainy Oz (również Dorotki i jej przyjaciół). Przyznam, że końcówkę filmu oglądałam uwieszona na krawędzi fotela. Niezwykły jest rozmach, z jakim nakręcono tę scenę; wspaniale brzmi zderzenie dwóch potężnych głosów Elfaby i Glindy (ze wskazaniem na pierwszą z nich), ogromne są emocje buzujące w każdym dźwięku, spojrzeniu i ruchu.

Takiego kina potrzebowałam tej jesieni: porywającego kolorem, dynamiką i muzyką; angażującego, zabawnego i wzruszającego; fantastycznego i jednocześnie tak prawdziwego. I taki jest film Jona M. Chu Wicked.

Dopowiem tylko, że zanim obejrzymy drugi akt Wicked w listopadzie 2025 (oby obyło się bez opóźnień!), będziemy mogli zobaczyć pierwszą polską sceniczną adaptację musicalu Stephena Schwartza, którą na kwiecień 2025 roku zapowiada Teatr ROMA. Nie mogę się doczekać obu wersji! Tymczasem – ponowny seans Wicked z Cynthią Erivo i Arianą Grande przede mną! ◼


* Daniel Wyszogrodzki, Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018

** Jak pisze Daniel Wyszogrodzki, piosenka Defying Gravity „zabrzmiała w kosmosie podczas trzydziestej trzeciej misji wahadłowca Discovery do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS)” – jako pobudka, którą zamówiła astronautka przed wyjściem w przestrzeń kosmiczną.

Dodaj komentarz