
Geneza musicalu Jesus Christ Superstar jest dość nietypowa. Nie zaczęło się od uroczystej premiery na Broadwayu, nie było jeszcze nawet wybranej obsady ani zaplanowanych prób. Był jednak szalony pomysł, który rozwijał się intensywnie w wyobraźni dwóch młodych artystów: Andrew Lloyda Webbera i Tima Rice’a. I była jedna piosenka, która stała się zwiastunem wyjątkowego dzieła muzyczno-scenicznego.
W 1969 roku w USA pojawił się singiel Superstar, na którym Murray Head zaśpiewał utwór Webbera i Rice’a, będący zapowiedzią musicalu opartego na historii Jezusa. Rok później ukazał się dwupłytowy album Jesus Christ Superstar, który zawierał piosenki nagrane z udziałem 85-osobowej orkiestry symfonicznej, sześciu muzyków rockowych, jedenastu wokalistów solistów (w tym Murraya Heada w roli Judasza) i szesnastu w zespole wokalnym, trzech chórów, partii organowej zarejestrowanej w kościele i syntezatora Mooga.1 Muzyka Webbera i teksty Rice’a oraz wykonania wokalne i instrumentalne piosenek zawojowały listy przebojów w Stanach Zjednoczonych.
Premiera musicalu na Broadwayu odbyła się 7 lutego 1971 roku i wzbudziła wśród widzów skrajne emocje: od zachwytów po oburzenie. Entuzjaści przedstawienia zwracali uwagę na nowatorskie połączenie elementów rocka z tradycyjną formą musicalu, przeciwnicy zaś zgłaszali obiekcje dotyczące wykorzystania wątku Jezusa w sposób odbiegający od wykładni chrześcijańskiej. Co o spektaklu sądził sam twórca, który jako debiutant nie miał zbyt dużego wpływu na ostateczny kształt przedstawienia?
Andrew Lloyd Webber powiedział w 2012 roku (przy okazji wznowienia spektaklu w wersji halowej), że oryginalna produkcja na Broadwayu wywołała jego sprzeciw, a premierę wspomina jako najgorszy wieczór w życiu. Nowojorską inscenizację nazwał „wulgarną parodią”.2
Zarówno oryginalna formuła artystyczna, jak i kontrowersje związane z podejściem do wątków religijnych przyczyniły się do rozkwitu popularności spektaklu. Już w 1972 roku Jesus Christ Superstar pojawił się na West Endzie, a do dziś był wystawiany na scenach w ponad czterdziestu krajach na całym świecie.
Polska premiera musicalu odbyła się 6 czerwca 1987 roku w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Po nim realizacji przedstawienia podjął się Teatr Rozrywki w Chorzowie (2001), Teatr Muzyczny w Łodzi (wersja anglojęzyczna – 2014), Teatr Rampa w Warszawie (2016) i Teatr Muzyczny w Poznaniu (wersja plenerowa – 2016).
Do listy polskich teatrów, które włączyły do swojego repertuaru musical Webbera i Rice’a, od tego roku dopisać należy Teatr Muzyczny w Toruniu. Premiera toruńskiego spektaklu miała miejsce 4 kwietnia 2025 w sali koncertowej Akademickiego Centrum Kultury i Sztuki „Od Nowa”. Przedstawienie nie mogło się odbyć w obecnej siedzibie Teatru przy ul. Żeglarskiej ze względu na zbyt małą powierzchnię sceniczną.

W przypadku toruńskiej wersji musicalu Jesus Christ Superstar i konwencji przyjętej przez twórców, wybór klubu studenckiego na przestrzeń spektaklu okazał się jednak bardzo trafiony. Przedstawienie w reżyserii Agnieszki Płoszajskiej z choreografią Michała Cyrana rozpoczyna się bowiem właśnie w klubie. Jest głośna muzyka i żywiołowy taniec, są kostiumy w stylu grunge i maleńkie woreczki z białym proszkiem; są śmiechy i kłótnie, dobra zabawa i beztroska. I zapomnienie, i ucieczka w nieczucie…
Od pierwszych chwil wraz z innymi widzami byłam współuczestnikiem wydarzeń. Staliśmy lub siedzieliśmy wokół stalowego wybiegu, przed sceną zbudowaną z rusztowań. Mieliśmy świecące na zielono słuchawki i podrygiwaliśmy w rytm muzyki, biorąc udział w niecodziennym silent disco razem z aktorami, którzy już chwilę później przemienili się w… apostołów. Gdy rozpoczęła się akcja, w słuchawkach wybrzmiał śpiew tak doskonale zsynchronizowany z muzyką wykonywaną na żywo przez zespół, że po kilku minutach można było poczuć się zupełnie swobodnie.

Zdziwienie pojawiało się jednak z chwilą, gdy tuż obok mnie przechodził jeden z aktorów, którego przed momentem widziałam na scenie. Ta wyjątkowa bliskość z wykonawcami niesamowicie na mnie oddziaływała. Zburzenie czwartej ściany sprawiało, że mogłam przyjrzeć się postaciom, nawiązać z nimi kontakt wzrokowy, dotknąć ich, a nawet dostrzec drżenie mięśni i pot płynący z czoła. Spektakl immersyjny – bo taką nazwę nosi formuła przyjęta przez Agnieszkę Płoszajską i zespół z Torunia – ma bezpośrednio włączać widza w akcję i intensyfikować jego emocje. Doświadczyłam tego najmocniej w dwóch momentach spektaklu: gdy apostołowie śpiewali na cześć Jezusa pieśń Hosanna i gdy niedługo potem aktorzy stojący wśród widzów wołali: „Ukrzyżuj Go!”. Nagle stałam się jedną z osób, które domagały się śmierci Jezusa…
Mimo nowatorskiej formy twórcy toruńskiego spektaklu zachowali oryginalne piosenki napisane przez Andrew Lloyda Webbera oraz Tima Rice’a i przetłumaczone na język polski przez Wojciecha Młynarskiego i Piotra Szymanowskiego. Na tle wysokiego poziomu wokalnego i tanecznego całego zespołu w trakcie spektaklu wyróżniał się pierwszy plan. Krzysztof Wojciechowski (Jezus), Marcin Wortmann (Judasz) oraz Oliwia Drożdżyk (Maria Magdalena) stworzyli przejmujące aktorskie trio, śpiewem, mimiką, gestem i ruchem wydobywając ze swoich postaci autentyczne emocje, które udzielały się nawet widzom stojącym daleko od sceny. Nie mogę przemilczeć śmiałych i wyrazistych kreacji Marty Budrynowicz (Herod) i Jana Popisa (Piłat) – zapadają w pamięć na długo.

Gdybym miała wskazać piosenkę, która zrobiła na mnie największe wrażenie, wybrałabym niezwykle wymagający utwór Getsemani wykonany z ogromnym przejęciem przez Krzysztofa Wojciechowskiego. Zaraz jednak dodałabym, że równie mocno poruszyła mnie piosenka Marii Magdaleny Jak mam Go pokochać oraz Jest wszystko w porządku w wykonaniu Oliwii Drożdżyk. I jeszcze Śmierć Judasza – utwór zaśpiewany przez Marcina Wortmanna. I tak mogłabym wymieniać kolejne tytuły, aż doszłabym do wniosku, że większość utworów po prostu zasługuje na status przeboju. To tylko potwierdza, że popularność musicalu – zarówno jego wersji scenicznych, jak i płytowych – nie jest przypadkowa.
Wracając do treści spektaklu, chcę zaznaczyć, że daleka jestem od traktowania musicalu Jesus Christ Superstar jako katechezy czy próby wiernego przedstawienia wydarzeń opisanych w Nowym Testamencie. Skoro jednak tworząc swoje libretto Tim Rice inspirował się postacią Jezusa z Nazaretu, trudno oprzeć się pokusie zestawienia wersji scenicznej z biblijnym przekazem. W spektaklu wyraźnie widać chęć wyeksponowania ludzkiej natury Jezusa. Świadczy o tym choćby kłótnia z Judaszem tuż przed zdradą, odrzucenie tłumu żądającego uzdrowienia czy uczucia Marii Magdaleny. Sam Judasz zdaje się być przez twórców przedstawiany raczej jako ofiara boskiego planu niż świadomy zdrajca. No i jest jeszcze porażający finał, który odbiera nadzieję apostołom – i widzom – pozostawiając ich w rozpaczliwym mroku Wielkiego Piątku. Według ewangelii ziemska historia Jezusa nie zakończyła się na krzyżu, lecz miała swoją kontynuację w niedzielny poranek zmartwychwstania. Zakończenie spektaklu wraz ze śmiercią Jezusa jest jednak niezwykle wymownym zabiegiem: możemy choć przez chwilę poczuć to, co być może czuli apostołowie w piątkowy wieczór, gdy przepełnieni rozczarowaniem, beznadzieją i strachem zapomnieli o słowach Jezusa, który zapowiadał swoje zwycięstwo.

To zadziwiające, jak aktualna jest historia przedstawiona w musicalu Jesus Christ Superstar. Pomijam oczywiście fakt, że o życiu Jezusa ludzkość opowiada już od ponad dwóch tysięcy lat. Niezwykła jest jednak ta właściwość dzieła Webbera i Rice’a, że mimo wielu adaptacji, które powstawały na przestrzeni półwiecza, każda kolejna zyskiwała nowy wymiar, w zależności od czasów i aktualnych zawirowań losu. Toruńska wersja musicalu to kolejna odsłona historii Jezusa – Supergwiazdy. Spektakl zaskakuje formą, porusza głębią, poraża intensywnością emocji – i wzbudza potrzebę ponownego jej przeżycia. Na całe szczęście kilka dni temu pojawiła się informacja o tym, że we wrześniu musical Jesus Christ Superstar powróci na scenę Teatru Muzycznego w Toruniu (a raczej na scenę klubu „Od Nowa”). Bilety można już rezerwować TUTAJ. Na pewno wybiorę się zatem jeszcze raz na spektakl – tym razem z udziałem Rafała Szatana w roli Jezusa i Sebastiana Machalskiego w roli Judasza. Jestem pewna, że podobnie jak w kwietniu, bilety rozejdą się błyskawicznie. ◾️
[Autorem zdjęć wykorzystanych w artykule jest Piotr Manasterski.]