
Galeria w moim smartfonie pęka od zdjęć i zrzutów ekranu zawierających jeden powtarzający się motyw. To okładki książek ze stron internetowych i z mediów społecznościowych wydawnictw oraz z tak zwanych kont bookstagramowych. Zawsze są to książki, które zwróciły moją uwagę jako potencjalnie interesujące mnie samą lub jako warte kupienia do biblioteki, w której pracuję. Zapisane w ten sposób tytuły weryfikuję, korzystając z różnych źródeł – najchętniej u ulubionych księgarek i księgarzy lub na zaufanych stronach dla moli książkowych. Tych zdjęć jest w mojej galerii mnóstwo – dużo więcej niż chmurek, kwiatków i zachodów słońca.
Chciałabym te wszystkie książki – oraz te, które rzucają mi się w oczy na regałach u znajomych, na wystawach księgarń, w czasopismach czy w reklamach internetowych – połknąć, pożreć, wchłonąć – jedną po drugiej, jak najszybciej, bez wahania, teraz, już. Wszystkie. Od razu. (I nie chodzi mi o sam fakt posiadania jakiegoś egzemplarza dla celów kolekcjonerskich – to dziedzina bibliofilów i bibliomanów.1)
Od zawsze po świecie chodzili ludzie, którzy jak powietrza potrzebowali książek, zaś bez nich – czuli się tak, jakby ktoś odciął im dopływ tlenu. Powody takiego zachowania mogą być różne.
Obserwując współczesnych czytelników, którzy dzielą się swoją pasją w bezbrzeżnym oceanie Internetu, zauważyłam, że częstą motywacją części z nich jest to, by być „na bieżąco” z wszelkimi nowościami wydawniczymi (choć i tak nigdy na bieżąco nie będą). Inni koniecznie chcą jak najszybciej napisać opinię o nowo wydanej książce na Goodreads, Lubimy Czytać czy na swoim bookstagramie (koniecznie oznaczając wydawcę, który udostępni tę opinię w relacji). Jeszcze inni śpieszą się, by przeczytać najnowszy bestseller ulubionego autora, poznać dalsze losy bohaterów rozpoczętej serii czy kupić znaną już powieść, ale w nowym tłumaczeniu i z oryginalnymi ilustracjami. Popularne są też czytelnicze wyzwania, polegające na zdeklarowaniu wobec pewnej grupy (obserwatorów, fanów czy choćby realnych znajomych) liczby książek, które przeczyta się na przykład w danym roku.
Za każdą z tych motywacji stoi GŁÓD CZYTANIA – i choćby nawet powodowany był on wyłącznie podążaniem za modą czy popularnością wśród rówieśników (co widać na niektórych książkowych kontach na TikToku), wydaje się on być czymś uszlachetniającym, i na pewno mile widzianym, zwłaszcza jeśli mówimy o czytelnikach młodych i dopiero poszukujących swoich literackich Wysp Szczęśliwych. Znam wielu nastoletnich zapaleńców, u których ta wyjątkowa potrzeba czytania objawia się poprzez namiętne sięganie po niemal każdy rodzaj literatury na zasadzie świadomego próbowania, testowania i wybierania tych pozycji, które okazują się najbliższe ich czytelniczym oczekiwaniom. (Nie podzielam jednak zdania, że dobrze jest czytać cokolwiek, nawet byle co – ale to temat na inną okazję.)
Przyznam, że niektóre z wymienionych wyżej powodów namiętnego czytania są mi obce; część z nich jednak rozumiem doskonale, jak choćby ten, który kieruje mną w momencie opublikowania przez Wydawnictwo Zysk i S-ka kolejnego tomu z cyklu Historia Śródziemia J.R.R. Tolkiena2, nowego wydania opowiadań J. L. Borgesa3 przygotowanego przez Państwowy Instytut Wydawniczy czy pojawienia się w mojej ulubionej księgarni Kafka i Spółka w Toruniu ciekawej pozycji z Wydawnictwa Tajfuny.
Niezależnie od tego, co staje się impulsem do sięgnięcia po nową lekturę, robię to łapczywie i bez opanowania. Rzucam się na kolejny tytuł, podczas gdy kilka już rozpoczęłam, a dziesięć innych czeka w kolejce na tak zwanej kupce wstydu. Obwiniam się o to, że czytam pięć książek równolegle, a mogłabym przecież czytać pięć innych, które stoją na półkach i patrzą na mnie z wyrzutem, gdy przechodzę obok, udając, że ich nie widzę. Czytając, pośpiesznie przebiegam wzrokiem po słowach i niecierpliwie wertuję kartki, żeby tylko „wyrobić się” ze swoim rocznym wyzwaniem, w którym zadeklarowałam przeczytanie 52 tytułów, a przecież w tej chwili jestem w plecy z sześcioma… W tym pędzie zdarza mi się, że po skończeniu jednej książki, natychmiast sięgam po drugą, zapominając o tym, dlaczego tak bardzo chciałam przeczytać tę poprzednią. A czytając trzecią, myślę już o czwartej, którą chcę zacząć. I tak w kółko…
Tylko jaki jest w tym sens?
Myślę sobie, że może warto czasem przejść na czytelniczą dietę… Przy zalewie premier wydawniczych i kolejnych wznowień klasyki, a także przy nieograniczonym wręcz dostępie do książek (papierowych lub e-booków), coraz częściej ucieka nam istota bycia czytelnikiem – przebywanie z czytaną historią sam na sam, w określonym czasie i miejscu; wzajemne oddanie się na wyłączność: książka mnie – ja książce; uczestniczenie w intymnej relacji ja-tekst.
Czytanie na wyścigi, wyłącznie po to, by zdążyć z recenzją czy by pobić swój zeszłoroczny rekord w wyzwaniu, to nie jest dobry sposób na obcowanie z literaturą. Kto choć raz poczuł głód nowych książek, nie przestanie go odczuwać już nigdy, niezależnie od tego, ile tytułów „odhaczy” na swojej liście. Jako mole książkowe jesteśmy skazani na wieczny czytelniczy niedosyt. Ale jeśli skupiamy się tylko na pochłanianiu kolejnych rozdziałów, myśląc już o kolejnym tomie, który łypie na nas pięknymi literami z grzbietu, tracimy możliwość delektowania się smakiem tej opowieści, która rozgrywa się przed naszymi oczami. Pozbawiamy się też możliwości przeżywania tego, co się wydarzyło, co do nas przemówiło i co może się zdarzyć dalej. A w takim razie tracimy coś bardzo cennego.
Nie zapomnę sytuacji, którą przeżyłam w trakcie lektury powieści Elisabeth Gaskell Północ i Południe4. Książka liczy ponad 500 stron, a przeczytanie całości zajęło mi dwa wieczory. Pierwszego z nich (o godzinie trzeciej nad ranem) stwierdziłam, że powinnam przerwać czytanie, skoro jestem dopiero mniej więcej w połowie historii, a zaraz trzeba wstawać. Problem jednak polegał na tym, że zamknęłam tom w momencie, w którym główna bohaterka właśnie odrzuciła oświadczyny szlachetnego pana Thorntona (który na dodatek w mojej wyobraźni – pod wpływem obejrzanego wcześniej serialu BBC sprzed dwóch dekad – przybrał czarującą postać Richarda Armitage’a!). Cały następny dzień, spędzony w pracy i na spełnianiu domowych obowiązków, był dla mnie męką. Choć wiedziałam, że książka skończy się happy endem, nie mogłam sobie wybaczyć, że pozwoliłam, aby bohater przez cały dzień pozostawał rozdarty, porzucony, samotny i cierpiący – tylko dlatego, że nie zarwałam nocy, by doczytać książkę do końca i by zostać świadkiem pojednania między nim a ukochaną.
Wtedy jeszcze głód czytania nie szalał we mnie z taką intensywnością, jak dziś. Umiałam czytać jedną książkę od początku do końca bez rozpoczynania kolejnej w tym samym czasie. Potrafiłam skupić się na losach poszczególnych bohaterów, przeżywać ich nieszczęścia i radości, zachwycać się stylem, językiem i konstrukcją powieści; umiałam cieszyć się chwilą czytania – tą konkretną, jedyną, trwającą tu i teraz.
Dziś – po kilku latach nawałnicy, jaka przetoczyła się przez moje czytelnicze życie, kiedy to na półkach stało sześć czy siedem niedokończonych książek – ponownie przekonuję się do praktykowania lektury jednego, no może dwóch tytułów w jednym czasie. Z pewnością zaś staram się czytać powoli i skupiać wyobraźnię na tym, co mam przed oczami w tej konkretnej chwili.
Okazuje się jednak, że moje postanowienie, by oddać się czytanym książkom bez reszty, jest często sabotowane przez nie same! Trafiam ostatnio na publikacje, w których autorzy powołują się na inne tytuły – czy to w tekście głównym, czy w przypisach lub bibliografiach. Jak opanować głód czytania kolejnych książek czy artykułów, które są podawane jako ciekawy kontekst czy uzupełnienie omawianego zagadnienia?
Jedną z książek, która wywołała u mnie lawinę kolejnych tytułów do przeczytania, była Przenośna magia Emmy Smith. Podtytuł tej publikacji brzmi: Historia książek i ich czytelników5. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, jak bardzo zaciekawiły mnie przypisy do poszczególnych rozdziałów. Gdy zaś okazało się, że autorka jest profesorem Uniwersytetu w Oksfordzie i na co dzień zajmuje się twórczością Williama Shakespeare’a, nie mogłam przejść obojętnie obok jej innej książki: This Is Shakespeare. How to Read the World’s Greatest Playwright6. Kupiona w Empiku, czeka potulnie na swoją kolej.
Podobnie, a nawet jeszcze więcej dzieje się podczas lektury jakiejkolwiek książki związanej z twórczością J.R.R. Tolkiena. Niezależnie od tego, czy czytam kolejny tekst autora Hobbita (tłumaczenie poematu arturiańskiego z języka staroangielskiego7, esej o Beowulfie8, wykład na temat baśni9 lub kolejny fragment z Historii Śródziemia z komentarzem Christophera Tolkiena10), czy jest to publikacja na temat wybranych wątków w jego dziełach (Droga do Śródziemia Thomasa Alana Shippeya11, Od Valinoru do Mordoru: Świat mitu a religia w dziele Tolkiena Andrzeja Szyjewskiego12 czy – pozycja wydana w tym roku – Tolkien w XXI wieku Nicka Grooma13) – zawsze kończę książkę z długą listą kolejnych pozycji, do których odwołania znalazłam w trakcie lektury. Ich poszukiwania zaś doprowadzały mnie nie tylko do księgarń, ale nierzadko także do drzwi lub internetowych stron bibliotek – Biblioteki Uniwersyteckiej UMK (mojej Alma Mater) i Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu, a nawet do zbiorów Biblioteki Bodlejańskiej w Oksfordzie (na razie niestety tylko w dostępie online).
Piękne są te czytelnicze ścieżki, którymi potrafi mnie prowadzić ciekawość – bo to właśnie ona w tych przypadkach napędza mój głód czytania. Ciekawość tematu, ciekawość odmiennych opinii, ciekawość innych dzieł i całego wszechświata, jaki krąży wokół głównego zagadnienia – to wszystko jest do odkrycia i poznania. I tylko tak bardzo jest mi smutno, że do wielu opracowań nie mam dostępu, a na przeczytanie pozostałych – często nie mam czasu…
Głód czytania może więc przynieść nam smutek – wynikający ze świadomości, że nie jesteśmy w stanie przeczytać wszystkiego, co byśmy chcieli. Ale na to naprawdę nie mamy już wpływu.
Mimo to – a może właśnie dlatego – czytajmy dużo. Pozwólmy sobie czuć głód nowych lektur, których okładki kuszą nas, tłocząc się w galeriach naszych smartfonów, w kolorowych oknach księgarń czy na naszych prywatnych „listach do przeczytania”. Jeśli jednak dopadniemy już jeden tytuł, dajmy mu zawładnąć naszą wyobraźnią na czas przebywania z nim i chwilę później. Nie zdradzajmy go z innym… Czytajmy kilka książek równolegle i na zmianę, ale poświęćmy każdej z nich sto procent uwagi. One na to zasługują. Ich autorzy również. I my też… ◾
Ilustracja wykorzystana w artykule pochodzi z książki Thomasa Frognalla Dibdina pt. Bibliomania, czyli szaleństwo książkowe, Chatto&Windus, Londyn 1876.
- O bibliofilii, bibliomanii czy bibliofollii pisali m.in. Charles Nodier, Gustave Flaubert i Charles Asselineau w książce Bibliomania (2022) czy Alberto Castoldi w książce Bibliofollia, czyli szaleństwo czytania (2024) – oba tytuły opublikowało Wydawnictwo słowo/obraz terytoria. ↩︎
- John Ronald Reuel Tolkien, Christopher Tolkien, Powrót Cienia. Historia Śródziemia, t. 6, tłumaczenie Cezary Frąc, Maria Gębicka-Frąc, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2025. ↩︎
- Jorge Luis Borges, Księga piasku. Pamięć Szekspira, tłumaczenie Andrzej Sobol-Jurczykowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025. ↩︎
- Elisabeth Gaskell, Północ i Południe, tłumaczenie Katarzyna Kwiatkowska, Świat Książki, Warszawa 2015. ↩︎
- Emma Smith, Przenośna magia. Historia książek i ich czytelników, tłumaczenie Aleksander Gomola, Wydawnictwo Bo.wiem, Kraków 2024. ↩︎
- Emma Smith, This Is Shakespeare. How to Read the World’s Greatest Playwright, Penguin Books 2020. ↩︎
- John Ronald Reuel Tolkien, Christopher Tolkien, Upadek króla Artura, tłumaczenie
Katarzyna Staniewska, Agnieszka Sylwanowicz, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2013. ↩︎ - John Ronald Reuel Tolkien, Potwory i krytycy, tłumaczenie Robert Stiller, Wydawnictwo: Vis-á-Vis/Etiuda, 2010. ↩︎
- John Ronald Reuel Tolkien, Drzewo i liść oraz Mythopoeia, tłumaczenie Krzysztof Sokołowski, Joanna Kokot, Jakub Z. Lichański, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 1998. ↩︎
- Patrz przypis 7. ↩︎
- Thomas Alan Shippey, Droga do Śródziemia, tłumaczenie Joanna Kokot, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2002. ↩︎
- Andrzej Szyjewski, Od Valinoru do Mordoru: Świat mitu a religia w dziele Tolkiena, Wydawnictwo M, Kraków 2004. ↩︎
- Nick Groom, Tolkien w XXI wieku. Co dziś znaczy dla nas Śródziemie, tłumaczenie Jakub Radzimiński, Wydawnictwo Insignis, Kraków 2025. ↩︎