Nadchodzi mój ulubiony jesienny czas, a wraz z nim kolejna odsłona Międzynarodowego Festiwalu Filmowego EnergaCAMERIMAGE. Jak co roku wyobrażam sobie, że dostaję tygodniowy urlop i jednocześnie obdarzona jestem darem bilokacji. Bo tylko w ten sposób byłabym w stanie obejrzeć interesujące mnie filmy i wziąć udział w spotkaniach z gośćmi, których bardzo chciałabym posłuchać. Zatem umówmy się, że tak właśnie jest: w dniach 15-22 listopada 2025 nie chodzę do pracy, nie mam żadnych innych obowiązków i potrafię być w kilku miejscach na raz. Które festiwalowe filmy bym obejrzała? Oto moja „złota dziewiątka” na 33. edycję Festiwalu EnergaCAMERIMAGE w Toruniu (kolejność tytułów jest przypadkowa).

Frankenstein (reż. Guillermo Del Toro, zdj. Dan Laustsen, muz. Alexandre Desplat)

Choć mogłabym obejrzeć ten tytuł w domu, nie pozwala mi na to moje filmowe sumienie. Przeczuwając wizualny potencjał historii oraz znając wizjonerskie dzieła Del Toro (Hellboy, Labirynt fauna, Crimson Peak, Kształt wody, Pinokio), spodziewam się silnych emocji i uczty dla zmysłów. Nadzieję na to podsyca udział operatora zdjęć Dana Laustsena, z którym Del Toro pracował m.in. przy Kształcie wody (nominacja do Oscara za zdjęcia) oraz autora muzyki Alexandre’a Desplata (Oscar za najlepszą ścieżkę dźwiękową). Po kilkukrotnym przesłuchaniu albumu do Frankensteina francuskiemu kompozytorowi wróżę przynajmniej nominację.

Norymberga (reż. James Vanderbilt, zdj. Dariusz Wolski, muz. Brian Tyler)

Boję się tego seansu, bo ciężar zła, o jakim będzie opowiadać ta historia, może być trudny do zniesienia. Z drugiej strony – intryguje mnie to, jak Crowe (przerażający w charakteryzacji jako Hermann Göring) poradził sobie z tak trudną rolą. Mam szczerą nadzieję, że będzie to jego wielki powrót, bo kreacje w Pięknym umyśle, Panu i władcy czy Nędznikach potwierdzają jego talent, uwięziony ostatnio w przeciętnych rolach. Oby reżyser, który ma większe doświadczenie w pisaniu scenariuszy niż w prowadzeniu aktorów przed kamerą, podołał wyzwaniu. Nie mam natomiast żadnych wątpliwości co do wizualnej warstwy filmu, skoro za zdjęcia odpowiada Dariusz Wolski. Jego nazwisko samo w sobie jest gwarancją jakości obrazu. Takiej gwarancji w zakresie muzyki nie daje mi kompozytor Brian Tyler, jednak po przesłuchaniu ścieżki stwierdziłam, że dam mu szansę na konfrontację z obrazem.

Hamnet (reż. Chloé Zhao, zdj. Łukasz Żal, muz. Max Richter)

To kolejny film, który budzi we mnie obawy – tym razem ze względu na wątek utraconego dziecka. Bardzo ciekawi mnie jednak, jak w rolach Agnes i Williama Shakespeare’ów odnaleźli się młodzi, piękni i zdolni: Jessie Buckley i Paul Mescal. Cenię subtelność kina Chloé Zhao, dlatego mam nadzieję, że jej opowieść, oparta na książce Maggie O’Farrell (współautorki scenariusza), będzie w warstwie emocjonalnej czuła i przejmująca. Patrząc na kadry dostępne w sieci, nabieram pewności, że przyczyną wzruszeń będą również przepiękne zdjęcia Łukasza Żala, który jak nikt potrafi uchwycić w obiektywie odcienie emocji. No i jest jeszcze Max Richter – legenda muzyki filmowej. Wśród producentów znaleźli się zaś m.in. Steven Spielberg i Sam Mendes. Bardzo czekam na Hamneta!

12 obrazów zniewolenia (reż. Lech Majewski, zdj. Lech Majewski i Paweł Tybora)

Lech Majewski jest twórcą wszechstronnym. Najczęściej sam reżyseruje własne scenariusze, pisze do nich muzykę i odpowiada za zdjęcia (lub współdzieli rolę operatora z Pawłem Tyborą). Podziwiam jego wizualną wrażliwość i sposób, w jaki przenosi on język malarstwa na język kina. To, czego dokonał w filmie Młyn i krzyż, ożywiając obraz Petera Bruegela, było dla mnie objawieniem. Teraz artysta powraca do wielkiej sztuki, sięgając po dzieła Jacka Malczewskiego. Spodziewam się seansu, który zachwyci mnie pięknem i złożonością kadrów, lecz który będzie jednocześnie wymagał ode mnie intelektualnego wysiłku. Lech Majewski jest bowiem autorem wielu wykładów uniwersyteckich poświęconych językowi symboli w malarstwie, architekturze czy religii (patrz: L. Majewski, Ukryty język symboli). Stąd też wierzę, że 12 obrazów zniewolenia będzie wspaniałą lekcją historii sztuki i historii w ogóle – skoro dzieła Malczewskiego mają reżyserowi posłużyć również do zilustrowanie dziejów Polski, naznaczonych niewolą.

Dom pełen dynamitu (reż. Kathryn Bigelow, zdj. Barry Ackroyd, muz. Volker Bertelmann)

Widziałam ten film na ekranie telewizora. Żałuję. Choć akcja toczy się głównie w zamkniętych gabinetach pełnych urzędników i pomieszczeniach z mnóstwem ekranów na biurkach i na ścianach, to właśnie klaustrofobiczność przestrzeni byłaby tym bardziej wyczuwalna, gdyby oglądać ją w kinie. Już jednak w domowych warunkach odbiór filmu Kathryn Bigelow w dużym stopniu pozwala przeżywać emocje związane z nagłą i pozornie nieprawdopodobną sytuacją – realnym atakiem na Stany Zjednoczone. Porwane łańcuchy decyzji, ukazywane z różnych perspektyw, niepewność faktów, nieporozumienia, chaos i uporczywe poczucie niedorzeczności wydarzeń – to wszystko sprawiło, że siedziałam przed (małym) ekranem jak zaklęta. Finał zaś – zamiast wyrwać mnie z odrętwienia – wzbudził we mnie jeszcze większe przerażenie. Chciałabym więc obejrzeć ten film jeszcze raz, tym razem na ekranie kinowym. Nieważne, że znam fabułę. Być może nawet świadomość kolejnych zdarzeń pozwoliłaby mi na bardziej uważne obserwowanie tego, co się działo. Warto.

Dear Tomorrow (reż. i zdj. Kaspar Astrup Schröder)

Ten pełnometrażowy dokument podejmuje temat samotności, która staje się od lat udziałem coraz większej części społeczeństwa w Japonii. Słyszałam o tym problemie już jakiś czas temu i ze zdziwieniem przyjmowałam informacje o budowaniu osiedli przeznaczonych dla ludzi starszych, którzy nie mają w pobliżu nikogo z rodziny; albo o wzroście liczby samobójstw spowodowanych poczuciem osamotnienia i odizolowania. Teraz mam okazję obejrzeć dokument, który uzupełni tę wiedzę. Być może film mógłby być też przestrogą dla naszego społeczeństwa – o ile znajdzie się on w szerszej dystrybucji. Pozostaje jednak pytanie: czy działają na nas jakiekolwiek przestrogi?

Bugonia (reż. Yórgos Lánthimos, zdj. Robbie Ryan)

Mam problem z filmami greckiego reżysera. Z jednej strony nie do końca przemawia do mnie stosowana przez niego estetyka, z drugiej – nie mogę mu odmówić oryginalności i świeżości, jaką wnosi do współczesnej kinematografii. Po Faworycie, Biednych istotach i Rodzajach życzliwości twórca powraca na wielki ekran wraz ze swoją aktorską muzą – Emmą Stone. Postanowiłam, że po raz kolejny dam obojgu szansę; tym bardziej, że za scenariusz filmu odpowiada Will Tracy (Menu), a za zdjęcia – ponownie u Lánthimosa – Robbie Ryan, który stał za kamerą m.in. w Historii małżeńskiej, C’mon, c’mon i Biednych istotach.

Sezony (reż. Michał Grzybowski, zdj. Edgar de Poray)

To kolejny film, który już widziałam. Chętnie obejrzałabym go jednak jeszcze raz, ponieważ wciąż powraca do mnie jego klimat, subtelny dramatyzm i błyskotliwy dowcip. A nade wszystko – cały czas czuję zapach wnętrz Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu i mam przed oczami widok wąskich korytarzy, którymi chodzą bohaterowie, a które ostatnio również przemierzałam podczas wakacyjnego zwiedzania. Sezony to komedia i dramat, to film o teatrze, o małżeństwie i pracy, o pasji i artystach, o miłości, zdradzie i zranieniu. To w końcu film o zwyczajnym życiu, bo to, co przydarzyło się Marcinowi i Oli, mogło się przydarzyć każdej innej parze. Różnica polega na tym, że wydarzenia rozgrywają się właśnie w teatrze – w ciągu kilku sezonów artystycznych, podczas przygotowań do kolejnych spektakli i wystawiania premier. Jakże wyraźnie widać w tym filmie, jak wielkie znaczenie ma przestrzeń, w której toczy się akcja. I jak wiele do interpretacji może wnieść sam teatr – jako miejsce i jako dziedzina sztuki, z której przecież kino wyrasta.

Father Mother Sister Brother (reż. Jim Jarmusch, zdj. Frederick Elmes, Yorick Le Saux)

Nie ukrywam, że ten tytuł kusi mnie przede wszystkim ze względu na wspaniałą Cate Blanchett, która po raz kolejny będzie gościem festiwalu i którą uwielbiam w każdej roli (poza Ocean’s 8 i Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki). Ale nie tylko ona jest przyczyną, dla której zerkam na ten tytuł. Kino Jima Jarmuscha to dla mnie ciągle zagadka i lubię zanurzać się w jego świecie, który zawsze mnie zaskakuje. W najnowszym filmie ciekawi mnie sposób kreślenia relacji między bohaterami. O rodzinnych powiązaniach kręci się wiele nieciekawych i mało oryginalnych produkcji, nie wierzę jednak w to, by Jarmusch podszedł do tematu konwencjonalnie. No i jest jeszcze Charlotte Rampling i Adam Driver. To mi wystarczy za zachętę.

Zatem zebrałam 9 tytułów, które chętnie obejrzałabym na tegorocznym festiwalu EnergaCAMERIMAGE. Oczywiście to nie wszystkie filmy, które zakreśliłam w drukowanym programie. Jest ich dużo więcej. Wśród nich: Jedna bitwa po drugiej (reż. Paul Thomas Anderson, zdj. Michael Bauman), Franz Kafka (reż. Agnieszka Holland, zdj. Tomasz Naumiuk), Chopin, Chopin (reż. Michał Kwieciński, zdj. Michał Sobociński), Solitary (reż. Eamonn Murphy, zdj. David Christopher Lynch), Moi Qui T’aimais (reż. Diane Kurys, zdj. Philippe Rousselot), Eleanor Wspaniała (debiut reżyserski Scarlett Johansson, zdj. Hélene Louvart), Song Sung Blue (reż. Craig Brewer, zdj. Amy Vincent) czy Wytwórnia filmowa Śpioch (w połączeniu z seminarium na temat języka obrazu w serialu Pixara).

Jest tego o wiele więcej, jednak – jak wspomniałam na początku – tak tylko sobie wyobrażam, że mogłabym obejrzeć wszystko, co kusi mnie w programie. Tymczasem liczę na kilka naprawdę dobrych seansów – w miarę możliwości czasowych i przestrzennych. Do zobaczenia w Toruniu już za kilka dni! ◾

Dodaj komentarz