Był mroźny zimowy wieczór, początek lutego. Na godzinę przed otwarciem lokalu stanęłam przed wejściem do Klubu Progresja w Warszawie. Byłam ósma w kolejce. Zdziwiło mnie to, ale wkrótce zrozumiałam, że jest nas tak niewiele, ponieważ główny koncert rozpoczyna się dopiero o godzinie 21. Czekały mnie kolejne dwie godziny stania w zimnie – sala była wychłodzona, a metalowe bramki pod sceną (tak, udało mi się stanąć w pierwszym rzędzie!) był lodowate. Ale to nic. Przecież czekałam na koncert SYML kilka miesięcy. I w końcu nadszedł ten dzień!

A wszystko zaczęło się od serialu Maxton Hall, który skusił mnie miejscem akcji części odcinków (mój ukochany Oksford) i świetną playlistą. Jednym z utworów, jaki pojawił się na ścieżce, była piosenka Where’s My Love, przebój SYML. I wpadłam po uszy.

Rzadko mi się zdarza, że wszystkie albumy jednego artysty trafiają w mój gust. W przypadku SYML tak właśnie się zdarzyło. Nie omijam żadnej piosenki zapisanej na mojej prywatnej playliście na Spotify. Słucham jej od pierwszego do ostatniego utworu – na sześciu albumach jest ich 75. Po ponad roku nadal mi się nie znudziły.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że od ponad dekady słuchałam prawie wyłącznie filmowej muzyki instrumentalnej. Zanurzona w monumentalnych dźwiękach kina osadzonych w obrazie, nie umiałam skupić się na krótkich piosenkach zawieszonych w próżni, bez odniesienia do czegoś, co mogłam zobaczyć. Coraz częściej jednak zaczynałam odczuwać, że w moim muzycznym wszechświecie czegoś brakuje. Potrzebowałam prostych aranżacji, czułych słów i delikatnego głosu. Szukałam relacji między dźwiękiem a znaczeniami zawartymi w tekstach – nie w filmowych obrazach. I znalazłam.

Brian Fennell, amerykański wokalista walijskiego pochodzenia, występujący pod pseudonimem SYML, jest jednym z pierwszych wykonawców, którzy po latach mojej fascynacji muzyką filmową oczarowali mnie swoim stylem muzycznym. W twórczości SYML uwiodły mnie subtelne kompozycje, ambientowe brzmienia i czysty wokal. Lubię ten łagodny smutek, refleksyjność i zadumę, do których nakłaniają mnie słowa zwrotek i refrenów. Szczególnie bliskie mi są albumy koncertowe – Recorded Live at St. Mark’s Cathedral, Seattle, Live at Hangar 30 czy zeszłoroczny Paris Unplugged. Mają w sobie naturalność i urok, które bardzo cenię w muzyce popularnej.

Podczas warszawskiego koncertu Brian Fennell wraz z zespołem zagrali najbardziej znane utwory z wydanych dotąd płyt, łącznie z piosenkami pochodzącymi z najnowszego albumu studyjnego pt. Nobody Lives Here. Taki tytuł nosi zresztą cała trasa koncertowa, która potrwa aż do maja tego roku. Aranżacje wielu piosenek wykonywanych na scenie różniły się nieco od wersji albumowych; wzmocniona była rola perkusji lub elementów elektronicznych czy brzmień klubowych. Choć jestem raczej przywiązana do oryginalnych wykonań, to piosenki śpiewane na żywo w nowych opracowaniach też mnie zauroczyły.

I choć warszawski koncert SYML nie był rejestrowany i nie ukaże się na płycie, to nie żałuję. Byłam tam osobiście. Słuchałam dźwięków płynących wprost do moich uszu i serca, widziałam (z pierwszego rzędu!) każde spojrzenie i uśmiech wysyłane do publiczności, śpiewałam razem z zespołem. I to jest najpiękniejsze!

Teraz albumy SYML będą dla mnie brzmiały już zupełnie inaczej – tak jak każda muzyka, którą choć raz usłyszało się na żywo… ◾

Dodaj komentarz