Łucja z Lammermooru Gaetano Donizettiego w reżyserii Thaddeusa Strassbergera to spektakl inaugurujący XXXII Bydgoski Festiwal Operowy. Po raz kolejny zespół Opery Nova przygotował mocną festiwalową premierę, której echa – mam nadzieję – będą rozlegać się jeszcze przez wiele następnych sezonów. Poruszyła mnie bowiem nie tylko historia głównej bohaterki, uwikłanej w rodzinne i polityczne manipulacje. Zachwycił mnie przede wszystkim rozmach inscenizacji – doskonale wyważony i zestrojony z choreografią – oraz scenografia i nastrój oddające istotę romantycznej emocjonalności. Urzekły mnie też wspaniałe głosy solistów skontrastowane z monumentalnymi partiami chóru i sama muzyka Donizettiego, będąca nośnikiem intensywnych doznań, które udzielały się widzom.

Autorem libretta tego dziewiętnastowiecznego dzieła jest Salvatore Cammarano, włoski librecista i dramaturg, który tragiczne losy Łucji oparł na wątkach zaczerpniętych z powieści sir Waltera Scotta pt. Narzeczona z Lammermoor (1819). Szkocki autor inspirację do napisania książki znalazł z kolei w wydarzeniach, jakie faktycznie miały miejsce w II poł. XVII wieku. Otóż młodziutka szlachcianka Janet Dalrymple została zmuszona przez matkę do poślubienia lorda Dunbara, choć kochała innego mężczyznę. Rozpacz doprowadziła ją do obłędu, a niedługo potem – do śmierci. Ta przejmująca opowieść o nieszczęśliwej miłości Łucji i Edgara stała się dla Donizettiego i Cammarano doskonałą okazją do ukazania romantycznej koncepcji świata i człowieka poprzez syntezę sztuk, która w operze mogła się objawić w swojej pełni. Thaddeus Strassberger zaś – jako reżyser spektaklu oraz autor scenografii i kostiumów – dokonał rzeczy wspaniałej: pokazał piękno i bogactwo włoskiej opery w stylu bel canto, wykorzystując przede wszystkim klasyczne środki scenicznego wyrazu.

Warstwa wizualna spektaklu zachwyciła mnie nastrojową, symboliczną kolorystyką i ujęciem sceny w zwielokrotnione ramy obrazu. Zielenie i szarości szkockich pejzaży oraz strojów Egdara i wieszczki Alisy kojarzyły mi się z potęgą natury i pierwotnymi siłami; biel szat Łucji i driad – z niewinnością i czystością uczuć i zamiarów, zaś czerń sukien kobiet w chórze – z ciążącym nad bohaterami fatum i z zapowiedzią nieuchronnej śmierci. Z umiarem wykorzystane zostały projekcje multimedialne imitujące np. pęknięcie „ekranu” na początku spektaklu (zwiastujące rozpad wewnętrznego świata Łucji), rój świetlików czy ulewę (iluzja była tak doskonała, że niemal czułam na twarzy krople deszczu!). Światła doskonale podkreślały intensywności barw i kontrastów oraz pomagały budować gotycką atmosferę; zaś w scenie z lustrami stały się one elementem, który na moment wciągnął zaskoczoną publiczność w akcję opery (brawa dla reżysera świateł – Macieja lgielskiego!).

Thaddeus Strassberger w swoim przedstawieniu uwypuklił niesamowitą zdolność muzyki Donizettiego do konstruowania psychologizmu postaci, dramaturgii scen i sugestywnego nastroju. Arie śpiewane przez Yuliię Zasimovą (Łucja), Bartłomieja Kłosa (Henryk), Szymona Ronę (to już trzecia kreacja Edgara w wykonaniu tego artysty!), Janusza Żaka (duchowny Rajmund) czy Katarzyny Nowak-Stańczyk (Alisia) wykonane zostały w sposób fenomenalny – nie tylko pod względem techniki głosu. W operze Donizettiego wymagające partie wokalne służą wyrażaniu intensywności i zmienności stanów psychicznych. Widać, a raczej słychać to najlepiej w scenie, gdy po zabiciu męża Łucja popada w obłęd. Niezwykle trudną, bardzo długą i zróżnicowaną pod względem nastroju arię Il dolce suono można by nazwać wokalnym studium szaleństwa. Nie musimy rozumieć słów, by poznać, jakich emocji doświadcza Łucja w danej chwili. Każdy dźwięk wydobywany przez artystkę – czysty, mocny, pełen uczucia – wyrażał najczarniejszą rozpacz zdradzonego serca. Ten emocjonalny przekaz spotęgowany został przez orkiestrę prowadzoną przez Tomasza Tokarczyka, kierownika muzycznego spektaklu. W całym przedstawieniu świetne, płynne i dynamiczne wykonania instrumentalne często wchodziły w dialog z solistami, stanowiąc dla nich ciekawy kontrapunkt i podkreślając dramatyzm scen.

Podobną relację można zauważyć między solistami a chórem, który jako świadek i jednocześnie uczestnik dziejącej się tragedii reagował na słowa i czyny bohaterów, komentując zdarzenia. Tu z kolei ważnym elementem całości był ruch. Maria Martins, autorka choreografii, przenosiła uwagę widza z jednej strony sceny na drugą, pozwalając patrzeć na to, co ważne, lub przeciwnie – celowo zajmując nas nieistotnym szczegółem, by po chwili zaskoczyć nas efektem (jak w chwili śmierci Łucji). W swojej koncepcji choreograficznej Maria Martins nadawała tańcom lekkości (driady) lub obciążała je grozą (dwór Artura). Nade wszystko w mistrzowski sposób tworzyła wrażenie malarskości scen, rozmieszczając poszczególne osoby spektaklu w taki sposób, by w połączeniu ze scenografią i światłem tworzyły pozór żywego obrazu.

Podczas premierowego spektaklu Łucji z Lammermooru w Operze Nova w Bydgoszczy dałam się całkowicie uwieść wizji reżysera. Cieszy mnie, że Thaddeus Strassberger wyeksponował motywy typowe dla epoki romantyzmu, obecne zarówno w dziele Donizettiego i Cammarano, jak i w powieści Waltera Scotta: potęgę miłości i natury, gorycz zdrady, matnię obłędu i tragizm ludzkiego losu. A dzięki wprowadzeniu drobnych zmian w zakończeniu opery (sceny śmierci Łucji i Edgara nieco różnią się od libretta), jeszcze mocniej wybrzmiewają pytania o wolność jednostki i skłonność człowieka do zła. ◾

Serdecznie dziękuję Operze Nova za zaproszenie na spektakl!

[Fot. Andrzej Makowski]

Dodaj komentarz