
Kundys przyszedł do mnie z rana, niespodziewanie, w gazetowym kubraczku przepasanym czerwoną wstążeczką. Był wielkim znakiem zapytania. Po tym, jak zabrałam go do domu, leżał dłuższy czas na swoim miejscu i patrzył na mnie wielkimi oczami, błagając o moją uwagę. Gdy w końcu go do siebie zawołałam, umościł się wygodnie na moich kolanach i nie chciał z nich zejść, dopóki nie przeczytałam go do końca. Polubiliśmy się. Bardzo.
Powieściowy debiut Marcina T. Zdrenki zaczyna się od SMS-a, którego odczytuje pięćdziesięcioletni Piotr Kundys (dokładny wiek bohatera to pięćdziesiąt lat, siedem miesięcy i osiem dni – to okaże się ważne!). W tej wiadomości nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie pochodziła od dawno zmarłego ojca, który prosi o spotkanie. Mężczyźni siadają przy stoliku w kociej kawiarni i zaczynają rozmowę, która stanie się niezwykłą podróżą w czasie, przestrzeni i… w głąb siebie.
Pojawienie się ojca, a później i zmarłej matki (czyli de facto – duchów), zaskakuje bohatera, ale nie odbiera mu poczucia rzeczywistości, podobnie jak odczytywanie jego myśli przez rodziców lub nagłe zmiany miejsca nie skłaniają go do podważania realności zdarzeń. Piotr czuje się trochę jak we śnie, ale bardziej niż niesamowitość sytuacji intryguje go to, co mają mu do powiedzenia jego rozmówcy.
Bohater spodziewa się wyjaśnień dotyczących historii swojej rodziny. Chciałby poznać losy przodków, ich pochodzenie, zawiłe relacje i skrywane tajemnice, mając nadzieję, że odkryje zaskakujące fakty z przeszłości.
„Materiał źródłowy” ma przecież duży potencjał: dziadkowie przeżyli wojnę, rodzice zaś żyli w komunizmie i doświadczyli transformacji ustrojowej. Zdawać by się mogło – a na pewno zdawało się to Piotrowi – że w takich czasach trzeba było być albo bohaterem, albo zdrajcą; że okupacja dostarczała wyłącznie okazji do wielkich cierpień i szlachetnych czynów, a PRL dzielił ludzi na tych „za” i tych „przeciw”. Kto zaś prowadził wtedy zwyczajne życie, nie zasługuje dziś ani na szacunek, ani na pamięć.
Słuchając opowieści o dziadkach, wujach i ciotkach, a nawet o własnych rodzicach, Piotr czuje coraz większe rozczarowanie. Okazuje się, że jego dziadek był tylko zwykłym posterunkowym („Wolałbyś akowca, żołnierza wyklętego albo, od biedy, jakiegoś ubeka?”); babki wspominały wojnę rzadko („niewiele mówiły, ale nawet w tym, co słyszałem, nie było żadnych strzelanin, wybuchów, przewalającego się frontu, partyzanckich akcji.”); rodzice zaś – mimo socjalistycznych poglądów – nie byli „wybitnymi” działaczami („Nie przypominam sobie, żeby stali przy powielaczach, malowali czerwoną farbą transparenty, szyli szturmówki czy pochylali się w skupieniu nad telefonogramami z Moskwy.”).
Dlaczego Piotrowi tak bardzo zależy na odkryciu choć jednej rodzinnej sensacji? Bo w niecodziennych doświadczeniach przodków upatruje wskazówek, dzięki którym mógłby określić swoją własną tożsamość. Chce poznać rodzinną przeszłość, by znaleźć w niej osoby i zdarzenia, które w jego pojęciu determinują jego pochodzenie, charakter i zachowanie, a w konsekwencji – całe jego życie, a nawet moment śmierci. Już na samym początku powieści bohater wyraża bowiem zdziwienie, że nie umarł w dniu, w którym osiągnął wiek ojca, gdy ten zmarł.
Jednak nie tylko o tożsamość chodzi. Piotr poszukuje również przyczyn swojej przeciętności, bylejakości i porażek – tak przynajmniej postrzega swoje życiowe dokonania (a właściwie ich brak). Oczywiście jako pierwszych obwinia za to rodziców. I nazwisko, o którym z ironią mówi do ojca: „Nigdy się nie zorientowałeś, że nasz szlachetny ród obnosi się z tym, że jesteśmy kundlami? Kundys to po prostu kundel – tak się mówiło kiedyś na psie mieszańce albo psy-świniarze do polowania na dziki albo wyłapywania uciekającej nierogacizny.”
Rozmowy z ojcem i matką – najpierw prowadzone osobno, później już wspólnie – to międzypokoleniowa żonglerka. Z jednej strony pełno w niej wzajemnych zarzutów, pretensji i złośliwości, z drugiej – wyłania się z niej wyjątkowa więź, która mimo nieporozumień i skrywanego żalu wciąż łączy zmarłych rodziców i ich żyjącego dorosłego syna. Więź, której nie można nazwać inaczej, jak tylko miłością.
Czytając krótkie rozdziały wypełnione wartkimi dialogami (tekst doskonale by się sprawdził na teatralnej scenie!), poznajemy urywki z życia rodziny Kundysów, widziane oczami ojca, matki lub syna. Przytaczane fakty często są weryfikowane lub doprecyzowywane przez słuchaczy – okazuje się, że nie wszyscy zapamiętali te same sytuacje w jednakowy sposób. Co jakiś czas powraca jednak pytanie: po co zmarli rodzice chcieli spotkać się z synem?
Odpowiedź pada w ostatniej, dziesiątej części powieści, która nosi znamienny tytuł: Egzorcyzm. Finałowa tyrada ojca to jedna z najmocniejszych scen w tej książce. Nie tylko Piotr zasłużył na to, by ją usłyszeć – wielu z nas powinno wziąć ją sobie do serca (mnie samej dała dużo do myślenia…). Wypowiedź matki zaś jest krótka, ale ostra jak strzała: „Ojciec chce ci powiedzieć, syneczku – weszła mu w słowo – że to wstyd, żeby umarli musieli uczyć żywych, jak dobrze żyć.”
Nie wiem, czy istnieje związek między rodziną Kudysów a rodziną Zdrenków. Nie wiem też, czy Kundys jest powieścią autobiograficzną. Wyraźnie jednak dostrzegam uniwersalną wartość tej książki. Skłania ona bowiem do tego, by na nowo spojrzeć na własną rodzinę i być może zweryfikować nasz osąd, często samolubny i krzywdzący. Pozwala też uświadomić sobie coś, z czym wielu dorosłych ludzi nie umie się pogodzić – że odpowiedzialność za to, kim jesteśmy i co osiągnęliśmy, ponosimy my sami, a nie nasi przodkowie; i że obwinianie wszystkich dookoła za nasze życiowe porażki jest po prostu żałosne.
I jeszcze jedno – przestańmy wreszcie narzekać, doceńmy to, czym obdarzył nas los i żyjmy pełnią życia. Na to nigdy nie jest za późno.◾
Marcin T. Zdrenka, Kundys, ilustracje Nikodem Pręgowski, Wydawnictwo Na Przykład, Toruń 2026.